Oswajanie wulkanów

 

 

Arek (l.6) tworzył wulkany. Rysował kredkami na kartonie, malował szerokim pędzlem na arkuszach szarego papieru, budował z materacy. Początkowo wulkany Arka miały niszczycielską siłę. Gorąca lawa niszczyła miasta i wsie, popieliła lasy wraz ze wszystkimi ich mieszkańcami. Same wulkany miały skaliste zbocza. Były srogie i niedostępne. Z czasem zaczęła porastać je miękka zielona trawa. Na zasilonej wulkanicznym pyłem ziemi ludzie tworzyli pola , zbierali obfity plon. Wulkany wybuchały coraz rzadziej, by dojść do tego, by tylko czasem sobie podymić i poiskrzyć ciesząc się swoim wewnętrznym żarem. Tak było pod koniec. Wcześniej jednak Arek długo opiekował się swoimi rozgniewanym wulkanami. Oswajał je za pomocą troski, miłości i przyjaźni, a także zimnej wody i kisielu cytrynowego. Tego właśnie potrzebowały by okiełznać swoją niszczycielską siłę.

      

Wulkany to częsty motyw w twórczości dzieci nadpobudliwych, agresywnych, z ADHD.

Bez trudu znajdują odpowiednią metaforyczną formę wyrażenia swoich emocji.

Arek został skierowany na terapię przez pedagoga z zerówki. Został opisany jako chłopiec bardzo agresywny, niedostosowany. Długą listę skarg i zażaleń dopełniała informacja o małej wyobraźni i braku zdolności plastycznych chłopca (!). Tak lista już sama w sobie wydaje mi się szkodliwa. Stanowi bowiem narrację wskazującą, że dziecko jest niedobre, gorsze od rówieśników. Potem trudno zmienić przekonanie, że nie jest to opis prawdziwy. To działa jak samosprawdzająca się przepowiednia. Tymczasem Arek i jego mama przeżywali trudny czas po bolesnym rozwodzie. Jego przyczyną była przemoc, którą wobec nich obojga stosował ojciec Arka. W Arku , jak lawa w wulkanie, buzowały gniew, strach i rozpacz. Był wybitnie uzdolniony, ponieważ potrafił dla swoich przeżyć  znaleźć piękną i adekwatną formę. Jego obrazy były barwne, pełne swady i fantazji. Nie lubił natomiast rysować szlaczków. Był zbyt przepełniony emocjami by zamknąć swoją wyobrażnie w mikro-wzrorkach. Potrzebował dużej płachty papieru i szerokiego pędzla.

 

Cały czas w terapii Arka uczestniczyła jego mama (ojciec miał odebrane prawa rodzicielskie, w przeciwny razie zaprosiłabym oboje rodziców). Mama akceptowała, a z czasem nawet podziwiała ekspresję twórczą syna. Prócz tego w czasie sesji mam i syn bawili się. Czasem propozycje zabaw wychodziły od mamy, czasem od Arka. Uczyli się w ten sposób siebie nawzajem, negocjować i współpracować. Niekiedy to ja sugerowałam co będziemy robić. Starałam się stwarzać sytuacje, w których mama i syn mogli podzielić się swoimi emocjami raz takie, w których Arek mógł poczuć, że mama jest silna, odpowiedzialna, że sobie z nim radzi. W sytuacji przemocy w rodzinie nawet mali chłopcy przejmują odpowiedzialność, chcą bronić swoje – w ich odczuciu bezradne – mamy.

Często też myślą, że rozwód rodziców jest ich winą. Pomóc Arkowi w wyjściu z poczucia winy i odpowiedzialności mogła tylko mama. W pełni wywiązała się z tego zadania.

 

Dziś Arek jest już nastolatkiem. Nie mam z nim kontaktu. Czasem go jednak wspominam. Jego i jego matkę. Jak na drugiej bodaj sesji powiedziała „sześć lat czekałam, żeby zdać sobie sprawę jakie mam fajne dziecko!”. Jak uczyli się cieszyć energią chłopca – zamiast zamartwiać, że to ADHD (mama) i że znów zostanie ukarany (Arek). Jak na którejś sesji chłopiec poprosił mnie, żebym zajęła się wulkanami. „Bo teraz to im jest potrzebny lekarz z z niebieskimi oczami”. I  doszliśmy do wniosku, że mimo, że lubimy się bardzo, już nie jestem im potrzebna, bo świetnie radzą sobie sami.