Terapia Simontona – psychoterapią w chorobę?

Terapia Simontona

Wszyscy miewamy trudniejsze okresy w życiu. Bywamy czasami bardziej przygnębieni. Zastanawiamy się, jaki jest sens naszego istnienia. Jesteśmy źli na siebie, że nie potrafimy żyć więcej, żyć bardziej… Ale jesteśmy zdrowi na ciele i każdego dnia możemy próbować zrobić więcej. Niektórzy z nas pewnego dnia usłyszeli diagnozę, a kiedy informacja naprawdę przedarła się przez ich wszystkie bariery ochronne, pomyśleli: „Nie jest dobrze”. I rzeczywiście nie było…

Faza pierwsza – diagnoza

To moment, kiedy cały świat się wali. Teoretyczne „wszyscy kiedyś umrzemy”, zamienia się w świadomość – „Ja mogę umrzeć”. Zrozumienie tego faktu jest przełomem. Każdy człowiek podświadomie lęka się śmierci, ale na co dzień nasza psychika odpycha ten lęk, zrzuca go na dno świadomości, inaczej nie bylibyśmy w stanie funkcjonować, żyjąc w ciągłym lęku. Są ludzie, którzy mają problem ze strachem przed śmiercią, który często im doskwiera – cierpią na tanatofobię. Mocno nasilony lęk, niedający nam spokoju może być dobrym powodem, aby spotkać się z psychoterapeutą.

Zdiagnozowanie u człowieka poważnej choroby, jest zwykle bardzo traumatyczne. Dla wielu brzmi jak ostateczny wyrok. Wpada się w panikę, łatwo dać ponieść się lękowi. Stanie twarzą w twarz ze śmiercią nie jest codzienną sprawą, więc takie reakcje są jak najbardziej naturalne. Normalne jest też to, że przerażona osoba przechodzi przez kilka etapów od szoku, poprzez wyparcie, próby zaprzeczania rzeczywistości, gniew, a także często rezygnację.

Pojawiają się niejednokrotnie pytania „dlaczego ja?”, „co takiego zrobiłem, żeby na to zasłużyć”. Wiele osób, które zmagają się z silną chorobą, korzysta z pomocy psychoterapeutów. Nowa sytuacja i świadomość ograniczonego czasu życia zmuszają nas do oceniania swojego życia, zastanawiania się, jak je przeżyliśmy, ale przede wszystkim zmienia nasze podejście do „tu i teraz”.

Faza druga – leczenie

Chory w końcu oswaja się z myślą o chorobie i zaczyna szukać rozwiązań, wyjścia z obecnej sytuacji. Konieczne jest poddanie się leczeniu. W zależności od rodzaju choroby, na którą się cierpi i jej stopnia zaawansowania proces ten wygląda różnie. Oczekiwania od lekarzy i metody są inne, nadzieje są inne.

Wielu ludzi bardzo obawia się skutków ubocznych skomplikowanych terapii – mdłości, uczucia osłabienia, trwałego uszkodzenia ciała, niemożności uczestniczenia w życiu bliskich i cieszenia się zdrowiem. Te trudne emocje pojawiają się u każdego, kto walczy z chorobą. Chory nie wie, jak myśleć o samym sobie – prosić o pomoc czy wstydzić się i ukrywać własną słabość. Prawda jest taka, że w okresach choroby – nie tylko poważnej, takiej jak np. nowotwór, ale nawet zwykłej, która zdarza nam się raz na jakiś czas, jak przeziębienie czy zatrucie pokarmowe, potrzebujemy wsparcia bliskich. Musimy odpoczywać i nabierać energii. Tymczasem z niektórymi chorobami przychodzi tak wielki lęk, że często przestajemy myśleć racjonalnie.

Czujemy się wyalienowani. Cierpimy. Jesteśmy samotni. Niestety nie jest tak, że tylko chory buduje wokół siebie mur, bo jego bliscy, też często nie wiedzą, jak poradzić sobie z myślą o utracie tej osoby. Zaczynają ją traktować, jakby była z porcelany, a ich relacja traci na autentyczności, robi się sztuczna, aż ludzie odsuwają się od siebie. Psychoterapeuta wspierający chorego może udzielać wsparcia także bliskim, którzy chcieliby uczestniczyć w spotkaniach. Choroba nie oddziałuje tylko na jedną osobę, ale na całe jej otoczenie. Budowanie siły psychicznej w całej grupie, która zmaga się z następstwami choroby, pomaga walczyć, daje nadzieję.

Faza trzecia – zakończenie leczenia

Nie jest łatwo, kiedy stajemy się niesamodzielni i zależni od innych, ale powrócenie do rzeczywistości, odbudowanie swojego życia, odzyskanie kontroli… to może być równie trudne, jak przetrwanie leczenia. Zdarza się nawet, że po długiej walce z chorobą nasze związki z innymi osobami nadal są wystawione na próbę, gdyż po tak wielkiej próbie ludzie nie mogą się odnaleźć w sytuacji braku choroby, dlatego warta korzystać ze wsparcia specjalisty jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu leczenia.

Nastawienie jako „suplement”

Idea, że pozytywne nastawienie może wspierać tradycyjne metody leczenia, nie jest wcale takim nowym pomysłem. Już w drugiej połowie XX wieku Carl Simonton amerykański onkolog dostrzegł potencjał psychoterapii w leczeniu nowotworów i chociaż jego osiągnięcia oraz skuteczność metod uważane były przez wielu za wątpliwe, lekarze na całym świecie i psychologowie zaczęli zastanawiać się, czy nastawienie, poczucie beznadziei i strach nie blokują działania terapii onkologicznych.

Simonton uznał, że psychoterapia powinna być elementem rutynowego leczenia nowotworów i obecne w wielu krajach zachęcanie do skorzystania ze wsparcia psychoterapeuty jest standardem. Metoda Simontona jest skierowana do osób cierpiących na nowotwory, jednak z pomocy psychoterapeutów może skorzystać każdy chorujący inną chorobę przewlekłą, a nawet zdrowi ludzie, którzy wyjątkowo obawiają się zachorowania.

Głównym celem podobnych terapii jest zminimalizowanie stresu i strachu – badania dowodzą, że te emocje działają negatywnie na układ odpornościowy człowieka i zmniejszają szansę w walce z chorobami. Jednak takie spotkania nie tylko pomagają w walce z chorobą, ale także sprawiają, że człowiek zmienia podejście do swojego życia, zaczyna z niego korzystać, dbać o siebie – po prostu czuć się lepiej.

Ostatecznie życie mamy tylko jedno.