Czy mężczyzna może zrozumieć kobietę? I vice versa

„Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus” – tym mitem karmione były całe pokolenia przedstawicieli obu płci, co jedynie wzmagało ich poczucie wyobcowania oraz niezrozumienia. Tymczasem przekonanie o przepaści dzielącej obie grupy jest mitem i dużą przesadą. Mężczyzna bez problemu może zrozumieć kobietę, a kobieta mężczyznę. Wystarczy przestać skupiać się na różnicach i zauważyć podobieństwa, które nas łączą.

 

Jak często słyszymy, że „kobiety są bardziej wrażliwe i emocjonalne”, a „mężczyźni mają umysły ścisłe”? Czy istnieje jakakolwiek osoba, która nigdy nie spotkała się z uprzedzeniami, stereotypowym myśleniem i zewnętrznymi naciskami na spełnianie swojej społecznej roli płciowej? Wielu z nas taki podział wydaje się oczywisty i naturalny. Nie kwestionujemy go, skoro od najmłodszych lat stykamy się z jego przejawami i obserwujemy dowody na jego słuszność. Jednak życie w społeczeństwie wymaga otwartości na osoby innej płci niż nasza i dogadywania się na różnych płaszczyznach. Zwłaszcza partnerskie związki heteroseksualne wiążą się z koniecznością przymykania oka na różnice i znajdowania porozumienia. Ale czy jest to możliwe? A może przepaść między kobietami i mężczyznami jest tak duża, że wzajemne zrozumienie to mrzonki?

 

Zwolenników ścisłego podziału na cechy oraz zachowania przypisane do konkretnych płci zapewne zdziwi fakt, że… nie ma czegoś takiego jak mózg męski lub kobiecy. Publikacja „Sex beyond the genitalia: The human brain mosaic”, która ukazała się na łamach czasopisma naukowego PNAS, położyła kres przekonaniom o tzw. płci mózgu. Zespół naukowców przebadał 1400 osób, a właściwie ich mózgi. Okazało się, że gdybyśmy mieli dostęp tylko do jednego z nich, w żaden sposób nie bylibyśmy w stanie stwierdzić, czy należy do kobiety, czy mężczyzny. Znakomita większość z nas ma zarówno cechy przypisywane jednej płci, jak i drugiej, a statystyczny mózg mężczyzny różni się od statystycznego mózgu kobiety w mniejszym stopniu niż mózgi poszczególnych przedstawicieli tej samej płci. Podobną tematyką zajął się zespół naukowców z Uniwersytetu Medycznego Rosalind Franklin pod kierownictwem dr Lise Eliot. Ich zainteresowania skupiły się na ciele migdałowatym, czyli części mózgu, która odgrywa kluczową rolę w procesie powstawania emocji, agresji i pobudzenia seksualnego. Gdyby kwestie te zależały od płci, musiałaby ona determinować różnicę w tej strukturze. Okazuje się jednak, że jedyna różnica polega na tym, że mężczyźni mają ją większą – podobnie jak cały mózg oraz resztę ciała. Warto podkreślić, że wielkość mózgu nie ma wiele wspólnego z inteligencją (gdyby tak było, słonie byłyby od nas znacznie inteligentniejsze).

 

Skoro nie istnieje coś takiego jak męski lub kobiecy mózg, to skąd biorą się zauważalne różnice w naszym zachowaniu? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy sięgnąć do koncepcji tzw. płci społecznej lub kulturowej. Chyba każdy z nas zauważył, że większość rodziców w zupełnie inny sposób wychowuje chłopców oraz dziewczynki. Zagadnienie to dotyczy zresztą całego społeczeństwa – nawet gdyby rodzice zarzucili te rozbieżności w metodach wychowawczych, dzieci wciąż miałyby kontakt z innymi maluchami oraz dorosłymi, różnymi przekazami medialnymi skierowanymi do przedstawicieli obu płci, zabawkami dla nich dedykowanymi, odmiennymi rolami granymi przez męskie oraz kobiece postacie w bajkach itp. Trudno uniknąć stereotypizacji, która dotyka nas już od najmłodszych lat życia i nie da się przecenić wagi tych oddziaływań. Od dziecka słyszymy, że „chłopaki nie płaczą”, a „dziewczynki nie bawią się samochodzikami”. Nasze naturalne cechy charakteru i skłonności często spotykają się z gwałtownym sprzeciwem przywiązanego do tradycyjnych ról płciowych otoczenia. W pewnym momencie znakomita większość z nas zaczyna dostosowywać się do tych oczekiwań – zwłaszcza, że młody umysł jest bardzo elastyczny i z łatwością można go kształtować choćby poprzez stosowanie rozmaitych metod wychowawczych.

 

Okazuje się zresztą, że stereotypizacja jest zjawiskiem, które pojawia się w życiu dzieci już od samych narodzin. Wskazują na to badania Lurii i Jeffrey’a Rubinów, którzy postanowili sprawdzić, czy stosunek rodziców do nowonarodzonych dzieci różni się w zależności od tego, czy są one chłopcami, czy dziewczynkami. Już dwadzieścia cztery godziny po urodzeniu prosili świeżo upieczonych rodziców o opisanie dzieci. Rodzice (szczególnie ojcowie) mieli skłonność do określania nowonarodzonych dziewczynek przymiotnikami takimi jak "ładna”, „urocza”, „czarująca”, „o delikatnych rysach”, „malutka", zaś chłopców: "duży”, „o wyraźnych rysach". Co ważne, opisy te wydawały się niezależne od faktycznego stanu, a więc duża, silna dziewczynka w oczach swoich rodziców wciąż była „delikatna i drobna”, a mały chłopczyk „silny”. Wniosek jest dość oczywisty: już od pierwszych chwil życia otoczenie zwraca uwagę nie tyle na to, jacy jesteśmy, co na to, jacy „powinniśmy” być. W dodatku cechy te są ściśle zależne od naszej płci.

 

Chyba większość z nas w swoim życiu świadomie lub nieświadomie oceniła kogoś w upraszczający sposób, bazując na znanych schematach. Kiedy widzimy starszą panią w moherowym berecie, często zakładamy, że jest osobą bardzo religijną, o tradycyjnych poglądach. Widok barczystego, łysego mężczyzny w dresie wzbudza w nas lęk, a po blondynce z długimi tipsami, ubranej na różowo, nie spodziewamy się wysokiej inteligencji. W związku z uwewnętrznionymi stereotypami, nierzadko interpretujemy sytuacje, których jesteśmy świadkami, w bardzo nieobiektywny sposób. Kiedy mężczyzna zajedzie nam drogę, myślimy o nim, że jest źle wychowany lub po prostu jest kiepskim kierowcą. Gdy to samo zrobi kobieta, często pada komentarz: „no tak, baba za kierownicą!”. Wiele osób automatycznie spodziewa się po ludziach określonych cech. W dodatku mamy skłonność do traktowania sytuacji potwierdzających stereotyp jak normę, zaś tych, które jej przeczą – w charakterze wyjątku. W efekcie bardzo trudno jest zmienić nasze przekonania, bo postrzegamy rzeczywistość w zniekształcony sposób, naginając ją do własnych poglądów i oczekiwań. Nie od dziś wiadomo zaś, że istnieje zjawisko zwane samospełniającą się przepowiednią. Dzieci, które opiekunowie postrzegają jako leniwe, w końcu dostosowują się do tego obrazu. Podobnie jest z innymi cechami. Jeśli nie wierzymy w to, że ktoś będzie potrafił zrobić określoną rzecz, prawdopodobnie nigdy nie damy mu na to szansy i nie przekonamy się, czy mieliśmy rację.

 

Kluczem do znalezienia porozumienia pomiędzy płciami jest uświadomienie sobie, że wcale aż tak bardzo się od siebie nie różnimy. Oczywiście, każdy z nas jest indywidualnością, jednak nie ma to wiele wspólnego z tym, jakiej jesteśmy płci. Każdy z nas urodził się z innym zestawem indywidualnych cech, wychował się w innej rodzinie, innym środowisku i ma odmienne doświadczenia. Z pewnością wszyscy niejednokrotnie czuliśmy, że nasz rozmówca pochodzi z innej planety – niezależnie od tego, czy dyskutowaliśmy z kolegą, koleżanką czy partnerem życiowym. Tym, co bardzo często staje na przeszkodzie dobrej komunikacji, jest podkreślanie prawdziwych lub wymyślonych barier i przekonanie, że nie możemy się ze sobą dogadać ze względu na różnicę płci. „Jesteś niedojrzały, jak wszyscy faceci”, „Znowu masz okres? Przemawiają przez ciebie hormony”, „To babskie sprawy” – to tylko niektóre przykłady stwierdzeń, które oddalają nas od siebie, dobrą rozmowę zastępując brakiem szacunku i zrozumienia. A wystarczyłoby zawsze traktować się po partnersku i starać się grać do jednej bramki. W końcu wszyscy pochodzimy z jednej planety.